20 November 2017

Lądowanie w Normandii

Francja, Normandia, nad kanałem La Manche,
32 lata później (12 lipca A.D. 1346)

 

Herb Joanny d'Arc

Herb Joanny d’Arc

Sutki dziewczyny stwardniały pod dłońmi Nicolasa. Chłopaka ogarnęła kolejna fala żądzy. Wpił się wargami w usta Peri i poczuł jak kochanka odwzajemnia jego pieszczotę językiem. Od pierwszego wejrzenia, od chwili gdy ujrzał ją tańczącą na weselu, nie mógł uwierzyć we własne szczęście. Oto nareszcie spotkał ucieleśnienie swojego ideału kobiety. Jego wybranka miała dziewczęcą twarz; duże, brązowe oczy; mały, zadarty, marszczący się w uśmiechu nosek i słodki dołeczek w brodzie. Niech wam będzie… może i jej usta były trochę, ale tylko trochę, zbyt szerokie. I cóż z tego, skoro nieustannie trwały na wpół rozchylone w wiecznej ciekawości świata. Ciekawości, która pchnęła Perrine w ramiona Nicolasa. Spośród tysięcy nastolatek wyróżniała ją fryzura: długie, czarne włosy z grzywką à la Kleopatra. Był to kaprys jej matki – z pochodzenia Egipcjanki, pojmanej podczas krucjaty, zchrystianizowanej i osiadłej we Francji. To właśnie po niej Peri odziedziczyła urodę przesyconą tajemnicą Wschodu. Smagłą skórę pachnącą cynamonem, usta o smaku karmelu, oczy jak migdały. I właśnie owa obietnica odkrycia nieznanego podniecała wyobraźnię Nicka (bądź co bądź, żeglarza!). Chłopak rozsupłał węzełki na sukni dziewczyny, jakby spodziewał się znaleźć pod spodem wszystkie skarby Egiptu.

„Czy to naprawdę grzech, skoro serce mówi mi, że zostanę jego żoną!? Ja tylko troszkę uprzedzam fakty — uspokajała sumienie Perrine. — „Moja patronka, Święta Kasia, na pewno to zrozumie. I jakoś udobrucha Pana Jezula”.
Przymknęła oczy. Przypomniała sobie pierwsze spotkanie z Nickiem. Było to zaledwie trzy dni temu, na weselu. Tańczyła akurat w korowodzie. On wjechał na kucu, u boku swojego mistrza. Zobaczył ją i… zamurowało go. Wiedziała, że jest ładna. Pewnie, że dobrze tańczyła! Co tam dobrze!?? Doskonale! Ale nikt do tej pory nie pożerał jej tak wzrokiem. Nikt! Serce zagrzechotało jej jak kastaniety. Pojęła, że oto spełnia się przepowiednia matki.

Niezbyt mądra przepowiednia jej niezbyt mądrej matki… Być może od tego powinniśmy zacząć, bo gdyby nie mama – dama Naszira – Pétronille nie zainteresowałaby się magią. A gdyby nie matczyna przepowiednia, nie zainteresowałaby się Nickiem. Zaczęło się już od dzieciństwa. Perrine jako siedmiolatka, w czasie gdy jej koleżanki bawiły się lalkami, nakłuwała laleczki z wosku. Zamiast podbić ładniejszej dziewczynce oko, rzucała na nią „złe oko”. Gdy chciała skłonić chłopaków, by nałowili dla niej ryb, wróżyła im z dłoni, że nad kanałem La Manche zobaczą gołe praczki. Nie miała przy tym najmniejszego poczucia winy. Przecież sam ksiądz proboszcz w szkółce parafialnej (gdzie była prymuską!) stawiał wraz z nią tarota, horoskop i odszyfrowywał żydowską kabałę. A na koniec udzielał rozgrzeszenia. Wszyscy troje, czyli dama Naszira, jej córka i ów wolnomyślicielski kapłan, traktowali te zabawy pół żartem, pół serio. Mieli świadomość, że przy prawdziwej mocy Kościoła i Sorbony ich gusła to igraszki.

Ale Perrine to nie wystarczało. Ona marzyła o prawdziwej magii! Chciała zostać wielką czarodziejką. Taką jak Morgana Le Fay! Sęk w tym, że, niewiast nie wyświęcano na kleryków, a tylko kleryk mógł wstąpić na uniwersytet. Zaś jedyne we Francji kolegium magii było właśnie na Sorbonie. Z pomocą przyszła jej wschodnia wiara w Przeznaczenie. Dama Naszira wywróżyła córce, że prawdziwą czarodziejką uczyni ją mężczyzna-mag, którego Pétronille pokocha od pierwszego wejrzenia. I trzy dni temu słowo stało się ciałem. I to jakim! Można by rzec, że słowo stało się ciachem! Nicolas był od niej starszy o rok. Był czeladnikiem mistrza wiatru i mgły z Calais. Miał popielatą, niesforną czuprynę, mądre oczy i ogorzałą twarz żeglarza. Ale przede wszystkim był – a właściwie dopiero miał być – czarodziejem! I obiecał, że nauczy ją magii. Dalej ułożyło się już jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Gdy chłopak sterczał tak na weselu z rozdziawioną na jej widok buzią, Pétronille niby przypadkiem zgubiła wstążkę. On podniósł ją i zwrócił właścicielce. Ona zaprosiła go do stołu. Z chęcią się przysiadł. A wtedy dała mu do wypicia „zaklęte” ziółka… Ale, ale! Nie myślcie sobie o naszej „czarownicy” źle! Postąpiła honorowo (końcu była córką szlachcica!) i sama też wypiła. W ten sposób on został jej Tristanem, a ona jego Izoldą. Perrine rozgarnęła pachnące morską solą i wiatrem włosy swojego Tristana. Pogładziła dłońmi jego twarz, po czym przeniosła dotyk niżej, na ramiona i mięśnie na torsie. Poczuła, że robi się wilgotna.

Miała małe, dziewczęce piersi. Takie, jak uwielbiał. Nicolas wpił się w nie ustami.
„Cud, że ona mnie chce!” — upajał się. — „Pół roku temu, gdy jeszcze byłem ulicznikiem, a nie czarownikiem, taka piękna rycerska córka nawet by na mnie nie spojrzała”.
Pocałował ją wprost w dołeczek w brodzie.
„Dobrze, że w rozmowach z nią trochę wygładziłem mój życiorys, bo gdyby dowiedziała się, że tatko był piratem, a nie żeglarzem, a i ja sam aspirowałem do czarnej załogi, tylko mnie nie wzięli ze względu na wiek, mogłaby się zgorszyć. No… i jeszcze ta moja mamuśka, której co prawda nie znałem, bo umarła w połogu… ale ponoć prząśniczką nie była!”.
Ponownie spotkali się ustami.
„Na szczęście Perrine nie zna Calais i nie ma pojęcia, że Calamari, czyli „Kałymarnica”, z której mnie wyciągnął mistrz, a o której nieopatrznie wspomniał, to nie żadna gildia żeglarska, tylko przestępcza. Nikogo co prawda nie zamordowałem, ale świętej panience pewnie nie spodobałoby się, że jeszcze pół roku temu żyłem z szulerki. Muszę poprosić mistrza, by zakuł gębę w dyby i nie opowiadał więcej o mnie. No, właśnie, mistrz…”.
Nick rozejrzał się czujnie. Noc nad wiejskim cmentarzykiem, pod którego płotem ukryli się przed wzrokiem wścibskich, była cicha i spokojna. Z dołu, zza drzew, z odległego o pół mili Saint-Vaast-la-Hougue dobiegały dźwięki wesela i szum kanału La Manche.
„Cholernie ryzykuję” — pomyślał. — „Maître wyraźnie zapowiedział: »Jeżeli znów cię złapię na hazardzie, winie lub dziewczynie, wylecisz za burtę!«. No, ale on przecież mówił o ginewrach z oberży. A Perrine jest inna! Wyjątkowa!”.
Nie potrafił oprzeć się pokusie.
„Jest ryzyko, jest zabawa!” — pomyślał i zadarł dziewczynie suknię.

— Oj! — drgnęła czując dotyk w miejscu, w które jeszcze żaden mężczyzna jej nie dotykał.
„Oj, gdyby papa mnie tu zdybał z łyczkiem na – nazwijmy to – mezaliansie, pas cnoty by mi chyba nałożył. A już na pewno przez miesiąc nie usiadłabym na tym, co pod pasem!”.
Rozejrzała się trwożnie dookoła. Na szczęście, o ile zdołała dostrzec w półmroku, leśną ścieżką z Saint-Vaast-la-Hougue nie nadciągali żadni moraliści z narzędziami tortur.
„Nicolas obiecał, że nauczy mnie magii” — walczyła z ostatnimi skrupułami Perrine. — „Ale czy dotrzyma słowa? Nie jest przecież szlachcicem. Może on myśli, że kobietę można posiąść, a potem się z nią nie ożenić? Nieeee! Przecież przysiągł na przeznaczenie! A on traktuje je poważnie. Aż za poważnie! Twierdzi, że jest dzieckiem szczęścia i ciągle turla tymi swoimi chrząstkami. Jak to on je nazwał? »Przedstawiam ci kości – ich królewskie wysokości. Oto Biała Dama. To ty. Oto Czarny Książę. Nasz wróg. A to Kolorowy Trefniś. To ja«. Kilka razy z rzędu rzucił nimi tak, że Kolorowy Trefniś wylądował na Białej Damie. Czy on aby nie jest szulerem? Albo gorzej… czy nie jest opętany przez hazard? Czy mogę ufać takiemu człowiekowi? Może oszukał mnie tylko po to, żeby… żeby… Żeby co!?… Tego też chcę! Bzykać to!”.
Szepnęła:
— Nicolas, ja jeszcze nie byłam z mężczyzną.

— Cudownie, Perrine. Nie trap się, będę delikatny — odpowiedział.
„Dziewczyna nie żartuje — pomyślał w duchu. — Chce mi oddać dziewictwo. Nie mogę jej oszukać. Nie aż tak. Jeśli przypieczętujemy naszą znajomość, chyba rzeczywiście będę musiał nauczyć ją magii. Tylko jak!? Nie znam przecież ni jednego czaru! Oj, Nicolas, Nicolas! Nie trzeba było przysięgać na Przeznaczenie”.
Westchnął.
„Właśnie… a propos Przeznaczenia…”.
Zerknął za plecy wybranki. Położył tam do góry dnem swój kubeczek z „ich wysokościami”. Pomyślał, że wynik, jaki widnieje na kościach, stanie się rodzajem wróżby co do przyszłości ich związku. Ukradkiem przewrócił naczynie. Zerknął na oczka. Widniał na nich rezultat „666”.
„Skoro Przeznaczenie dało mi szansę, niech mnie teraz chroni!” — pomyślał. — „Raz kotu śmierć!”.
I przypieczętował.

Przez lata wyobrażała sobie „jak będzie”. Tymczasem ból okazał się mniejszy niż przy ukąszeniu komara i trwał ledwie chwilę. Zaś Nicolas zachował się zgodnie z obietnicą. Był delikatny.

Niestety. Potem nie zdarzyło się nic z tego, co zapowiadały koleżanki. Nic – aż do momentu, gdy zagniewana, przestała stosować się do ich rad i pozwoliła, by pokierowały nią odczucia. A wtedy ozwały się chóry gregoriańskie. Nie miała pojęcia skąd to bluźniercze skojarzenie, ale oddała się mu, pojękując na melodię „Alleluja-a-a-a-a! Aaa, aaa, aaa…”. Aż w pewnej chwili Nicolas dołączył do chorału, kończąc pomrukiem:
— Aaaa niech cię beatyfikują, Perrine!

*

Leżeli przytuleni, z zamkniętymi oczami, wśród lipcowych traw. Kochając się, zatracili poczucie czasu i świt zastał ich pod drewnianym płotkiem cmentarzyka na sosnowej wydmie, pół mili od rybackiej osady Saint-Vaast-la-Hougue. O wyborze tak mało romantycznego miejsca na schadzkę zdecydowała na poły namiętność, na poły świadomość, że nekropolię od wsi oddziela zagajnik i nikt z weselników ich tu nie zdybie. Tak, czy siak, wzeszło słońce i trzeba było wracać, zanim ktoś zainteresuje się ich nieobecnością.
„Tylko jak tu wracać, skoro mi się nie chce!” — przeciągnęła się Perrine. — „U jego boku leży się tak cudownie, a w uszach ciągle słyszę psalm!”.
— Słyszysz? Jakby mnich śpiewał? — spytał chłopak.
Przytuliła się do Nicka i pomyślała:
„Ależ do siebie pasujemy! Gra mu w sercu to co mnie!”.
— Ja mówię poważnie — uniósł głowę. — Ktoś śpiewa na cmentarzu.
Otworzyła oczy.

Psalm, który oboje od dłuższego czasu słyszeli, był jak najbardziej realny. Wykonywał go pojedynczy basowy głos. Dochodził on spośród grobów.
— To psalm rycerzy z Ziemi Świętej — orzekła Peri, nasłuchując.
— Skąd wiesz? — zdumiał się czeladnik czarodzieja.
— Nie rozpoznajesz słów?
— Nie słyszę — zełgał, choć słyszał i wiedział, że to po łacinie, ale rozróżniał tylko pojedyncze wyrazy. — Macie tu jakiś pogrzeb?
— Ależ skąd! Wtedy by odwołano wesele! — oburzyła się, zapinając białą, lnianą koszulkę z haftami literek na rękawach. — Nicolas! To jakaś tajemnicza historia! Powinniśmy powiadomić papę.
— Aha! I jeszcze księdza dobrodzieja! A oni na początek spytają, co tu robiliśmy. Lepiej sprawdźmy sami, bo może po prostu to ktoś z weselników robi sobie żarty.
— Albo, uchowaj Święta Kasiu, nas podglądał!
— Sprawdźmy! — chłopak z żalem pożegnał widok ciała wybranki, znikającego pod czerwoną, obcisłą na biuście i brzuchu suknią z małym trenem i rozszerzanymi rękawami.
Rad nie rad, włożył sukienne nogawice z jedną nogawką niebieską, drugą czarną; skórzane buty ze szpiczastymi czubami, zwane ciżmami; niebieski kaftan, ze zwisającymi rękawami i z długaśnym szpiczastym kapturem oraz pas z sakiewką, fujarką i szkaplerzem patrona żeglarzy – Świętego Mikołaja.
— Pomóż mi się obwiązać — poprosiła go dziewczyna, podając mu koniec pasa ze splecionych rzemyków, na których uczepione miała wszystkie swoje babskie skarby: sakiewki z barwiczką; małą książeczkę do nabożeństwa, hubkę i krzesiwo, różaniec oraz figurki jej patronów: Archanioła Michała, Świętej Katarzyny i Świętej Małgorzaty… i jeszcze dzwoneczek.
I właśnie ten dzwoneczek radośnie zadźwięczał, gdy oplatana pasem Perrine, wykonała trzy obroty i wpadła w objęcia wybranka.
— Ładnie wyglądam? — spytała, poprawiając sobie końce rzemyka, tak aby zwisały na różnej wysokości.
„No tak! Przecież to jest najważniejsze!” — pomyślał Nicolas. — „Co tam podejrzany psalm z cmentarza, gdy mademoiselle potrzebuje męskich oczu jako zwierciadełka!”.
— Bosko! — roześmiał się. — Ale chodźmy już… i włóż ten dzwonek do sakiewki. Mamy się skradać.

Podsadził Peri. Bał się, że dziewczyna zaplącze się w fałdy stroju, ale ona sprytnie wsparła stopę na grubszym słupku ogrodzenia i przeskoczyła jak fryga.
— Co to za cmentarz? — spytał, dołączywszy do niej.
— Nasz, parafialny. Na środku, tam za drzewami jest grobowiec miejscowych panów.
— Twoich przodków?
— Nie. Papie nadano tu tylko gospodarstwo, a nie całe Saint-Vaast-la-Hougue. I to dopiero sześć lat temu.
— Byłaś w tym grobowcu?
— Nie, ale idzie się tam główną ścieżką.
— My pójdziemy boczną — zdecydował i poprowadził Peri przez mocno zaniedbaną część nekropolii, pełną pochylonych nagrobków i krzyży porośniętych pnączami.

Niezauważeni dotarli z boku do mauzoleum. Przypominało gotycki kościółek. Miało spadzisty omszały dach, ściany z czerwonej cegły. Nad wejściem górowały dwie wieżyczki z rzeźbami płaczących aniołów. Psalm dobiegał z wnętrza. W pozbawionych szyb, ostrołukowych, bocznych oknach migotały odblaski świec. Roznosił się stamtąd zapach nieznanego Nickowi z chrześcijańskich mszy i magicznych rytuałów kadzidła.

Nastolatkowie, przytuleni do bocznej ściany, podkradli się do frontu budowli. Chłopak ostrożnie wychylił głowę zza węgła. Rozdzierające rżenie konia, odbiwszy się od portalu mauzoleum, zagrzmiało nad cmentarną ciszą. Wrony zerwały się z dębów i, kracząc przeraźliwie, poszybowały w dal. Nick natychmiast cofnął się.
— Co jest!? — Perrine chwyciła go za ręce.
— Przed wejściem do grobowca stoi czarny koń. Jak jakiś wartownik!
— Poczekaj, ja spróbuję — dziewczyna wysunęła się naprzód.
— Nie wygłupiaj się! — ostrzegł.
— Spokojnie! Papa nauczył mnie obchodzić się z rumakami.
Cmoknęła i wyciągnęła przyjaźnie ku zwierzęciu dłoń. Wierzchowiec umilkł, ale wciąż sterczał czujnie jak Cerber, uwiązany do otwartej kraty w dwuskrzydłowych gotyckich odrzwiach.
— Nic z tego — cofnęła głowę. — Tamtędy nie wejdziemy. To rycerski rumak. Wyszkolony. Wart więcej niż całe pięć łanów naszej rodziny. Tylko właściciel może odwołać go z posterunku.

Rozejrzeli się w poszukiwaniu innej drogi. Nad ich głowami znajdowały się wąskie jak strzelnice okienka. Czeladnik podsadził Perrine. Sam doskoczył do parapetu i podciągnął się. Ostrożnie zajrzeli do wnętrza. Gdy przyzwyczaili oczy do półmroku, zobaczyli, że w środku nikogo nie ma. Na posadzce płonęło pięć świec, rozstawionych na rogach wyrysowanego kredą, a zajmującego większość podłogi pentagramu. Naprzeciw wejścia do grobowca znajdował się mały ołtarzyk. Obok niego czerniały drzwi do podziemnej krypty. Były otwarte. Właśnie stamtąd dobiegał psalm.
— Diaboliści? — syknęła zaniepokojona Perrine.
— Niekoniecznie. Pentagram to po prostu jeden z symboli kręgu magicznego. Mój mistrz używa podobnych. Wytyczają one oczyszczone dla magii miejsce. Tak jak kościół jest wyświęcony dla wiernych — z dumą powtórzył porównanie swojego nauczyciela.
— Więc czarnoksiężnik?
— Znak jest magiczny, ale cudak śpiewa jak mnich. To nie inkantacja. To jakaś dziwna mieszanka.
Gdy tylko to powiedział, psalm umilkł. Z krypty dobiegły ciężkie kroki podkutych buciorów. Migotliwe światło zajaśniało w wejściu za ołtarzem.
— Co robimy? — dziewczyna w charakterystyczny dla siebie sposób przygryzła lewą część wargi.
— Schyl głowę. Gdy usłyszysz, że podejrzany wyszedł z podziemi, policz do pięciu i wyjrzyj ponownie.

Zrobiła, jak doradzał. Ich oczom ukazał się upiór z czasów Króla z Żelaza. Miał postać rycerza w hełmie garnczkowym i w białym, przekreślonym czerwonym krzyżem płaszczu zakonu templariuszy. Pod pachą niósł wielki złoty krucyfiks – taki, jakie widuje się w miejscach pielgrzymek lub w znaczących katedrach. Niedbale zdeptał świece, po czym wyszedł z kaplicy, zamykając za sobą skrzypiące potępieńczo odrzwia.

Kochankowie zeskoczyli spod okien, podkradli się do węgła i ostrożnie wyjrzeli. Upiór stał przed wejściem do grobowca. Zdjął hełm. Okazał się, że to człowiek. Miał około czterdziestu lat, brunatną brodę i władcze rysy weterana. Ściągnął biały płaszcz. Pod spodem miał zbroję; zupełnie współczesną – kolczugę z płytowymi naramiennikami i napierśnikiem, zwaną półpancerzem, a dostępną jedynie bogatym. Zamiast tuniki z herbem nosił na niej brązowy, niemożebnie stary i pokrwawiony habit. Tak się przynajmniej początkowo nastolatkom wydawało, gdy wtem odmieniec zaczął rozwijać strój, tak jakby odwijał się z prześcieradła. Rzekomy habit okazał się szerokim na dwa łokcie, a długim na bodajże dziesięć pasem z brunatnego płótna. Skończywszy, rycerz z czcią ucałował plugawą tkaninę, zrolował ją i włożył wraz z krucyfiksem, i opończą templariuszy do juków. Rozejrzał się czujnie. Kochankowie ledwie zdążyli schować głowy za róg.

Nim otrząsnęli się ze strachu, usłyszeli tętent kopyt. Widziadło odjechało, zniknąwszy pomiędzy nagrobkami.

Nick doskoczył do wrót grobowca i szarpnął za uchwyt. Drzwi ani drgnęły. Intruz zostawił je zamknięte na klucz.
— Kto to był!? — wykrzyknęła Peri — Templariusz!!?
Nawet taki syn żeglarza i ulicy jak Nick wiedział, że templariusze byli diabolistami i dawno temu spalono ich na stosie. Ginąc, rzucili na Francję klątwę, która zabiła wszystkich od tej pory królów.
— Na pewno nie — zaprzeczył.
— Nicolas! — zaperzyła się dziewczyna. — Ja doskonale wiem, że we Francji od trzydziestu lat nie ma templariuszy! Chodzi mi o to, że resztki zakonu przekształciły się w tajne bractwo i nadal czczą tego swojego Bafometa. I to mógł być jeden z okultystów!
Odpięła od pasa figurki Świętych Katarzyny i Małgorzaty oraz Archanioła Michała i zaczęła je całować.
— Nie w tym rzecz, Peri — czeladnik wziął ją za ręce. — Templariusze są ścigani. Gdyby jeden z nich chciał zrobić tu włam, nie zakładałby białego płaszcza z czerwonym krzyżem, ani tym bardziej hełmu garnczkowego z ubiegłego wieku.
Spojrzała na wybranka ze zdziwieniem.
— Dam ci przykład — tłumaczył dalej. — Zawodowy szuler nigdy nie wygląda jak szuler. Nie żongluje kośćmi. Nie tasuje kart nad głową. Z takim kuglarzem nikt by nie chciał grać. Zawodowy szuler przebierze ci się za pijanego proboszcza, albo za głupkowatego panicza w typie – z całym szacunkiem – twojego brata. Zapewniam cię, że wyjęty spod prawa templariusz postąpiłby tak samo. Gdyby był diabolistą, przebrałby się za… bo ja wiem… za franciszkanina… albo pielgrzyma.
— Więc kto to był?
— Nie wiem — wzruszył ramionami. — Nie wiem też, dlaczego obwinął się zakrwawionym płótnem. Słyszałaś co on śpiewał?
— Niedokładnie. Jakoś: honor, virtus et potestas et imperium sit trinitati in unitate. Gloria Patri et Filio et Spiritui Sancto.
— Jakbyś to przetłumaczyła?
— Honor, siła i moc, i królestwo jest w jedności Trójcy. Chwała Ojcu i Synowi i Duchowi Świętemu.
— Nie brzmi zbyt diabolicznie.
Czeladnik przyjrzał się śladom buciorów, pozostawionych przez podejrzanego.
— Diabolista, czy nie, ale coś stąd ukradł — zauważył. — Czy widziałaś już kiedyś tę relikwię, którą wyniósł pod pachą?
— Nie wiem, czy w środku była relikwia. Widziałam tylko relikwiarz. I widziałam go pierwszy raz. Sądząc po normańskiej solidności, to zabytek z czasów Wilhelma Zdobywcy. Znacznie starszy niż ten nowoczesny gotycki grobowiec. Wyglądał na wart fortunę. Był magiczny?
— Nooo… tak — zełgał Nick, który nie miał o tym pojęcia, ale wydało mu się to wysoce prawdopodobne.
Tymczasem dziewczyna do reszty otrząsnęła się z szoku i zdecydowała:
— Musimy natychmiast powiadomić papę!
Czeladnika korciło, żeby włamać się do grobowca i zejść do podziemi, ale wybranka nie dała mu na to szans. Odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę Saint-Vaast-la-Hougue. Nie pozostało mu nic innego jak iść za nią.

Przesadzili płotek, przy którym kochali się nocą i pobiegli do osady przez zagajnik na wydmie. Gdy wypadli spośród drzew, ujrzeli koniec świata.

*

Las kolorowych żagli ciągnął się po horyzont. Na redzie Saint-Vaast-la-Hougue cumowało siedemset okrętów. Nastolatkowie cofnęli się między drzewa, przykucnęli i w osłupieniu obserwowali widowisko, którego ogrom poraził ich niczym nagłe zaćmienie słońca.

W blasku świtu, na falach kanału La Manche, kołysały się kogi zebrane z całej Anglii. Dominowały jednostki wielkie – pełnomorskie, z zębatymi jak zamkowe baszty nadbudówkami na dziobach i rufach. Ich burty obwieszone były setkami herbowych tarcz. Wszystkie gryfy, smoki, jednorożce, orły, rekiny i lwy Albionu groźnie łypały na francuskie wybrzeże. Na pojedynczych masztach kog łopotały sztandary arystokratów i kapitanów: lwy Lancasterów, krzyże Warwicków, gwiazdy Northamptonów, romby Johna Chandosa, muszle Captala de Bucha. Z wyżyn okrętu flagowego górowały nad wszystkim trzy złote lwy Plantagenetów. Ojca – króla Anglii Edwarda III. I syna – Czarnego Księcia. Na wielkich, kwadratowych, podwieszonych na pojedynczych rejach żaglach lśniły herby miast i kupieckich gildii, które użyczyły armii okrętów: Londynu, Pięcioporcia, Bishop’s Lynn, grodów Flandrii i Akwitanii. Prócz wielkich kilkusettonowych kog na falach kołysało się również setki pomniejszych jednostek: rybackich, przeznaczonych do handlu przybrzeżnego, nawet rzecznych. Wszystkie wprost roiły się od zbrojnego ludu.

Ze statków cumujących najbliżej przystani spuszczano na wodę dziesiątki szalup. Na wystających nad burtami dźwigach, w specjalnie przygotowanych siatkach, ze skrzypem i terkotem, opuszczano konie. Zwierzęta wierzgały i rżały przejmująco. Po sznurowych drabinach, wrzeszcząc i klnąc, schodzili rycerze, łucznicy, żeglarze, najemni oblężnicy z Niemiec, kamieniarze, kowale, cieśle, medycy. Magowie i kapelani. Spod pokładów kog wynoszono i przygotowywano do wyładunku nieprzeliczone tony sprzętu i zaopatrzenia. Setki tysięcy worków i skrzynek z sucharami; z owsem i sianem. Drugie tyle beczek oliwy, wina, wędzonego i solonego mięsiwa; prochu, saletry, siarki, węgla drzewnego; strzał i bełtów. Składane wozy taborowe, namioty, kamienie młyńskie, piece piekarnicze, kuźnie, żarna, skórzane i drewniane łodzie do przepraw przez rzeki; harty i sokoły do polowań. Elementy wież oblężniczych, armaty, trebusze, kotły, tarany. Wszystko co zdołano zebrać z tysięcy angielskich i walijskich wsi, i zgromadzić od zimy do 12 lipca w kilku wyznaczonych punktach aprowizacyjnych. O!, nie groził tej armii głód! W rzeczywistości, Anglikom udało się zebrać więcej prowiantu niż potrzebowali. A był on tak dobrze zabezpieczony przed kwaśnieniem i gniciem, że po roku, po powrocie z Francji, nadwyżkę odsprzedano.

Kilkaset szalup przybiło już do brzegu. Wyskakiwali z nich wojownicy. Nad głowami trzymali łuki, kołczany i worki, chroniąc ekwipunek przed zamoczeniem. Trąbki, rogi, bębny i okrzyki dowódców zagłuszały szum morza. Nad wieżą kościółka w Saint-Vaast-la-Hougue powiewał szkarłatny sztandar z trzema lwami. Wśród zabudowań mrowili się grabieżcy.
— Boże! Co z mamą!? Gdzie jest papa!? — jęknęła Perrine.
Nie było widać żadnego Francuza. Żadnych śladów walk czy trupów. Nikt nikogo nie gwałcił, nie łapał na arkan.
— Zobaczyli, ilu tych rezunów nadpływa i uciekli — domyślił się Nick. — I słusznie zrobili.
— Jezu! Gdzie oni są!?
— Patrz! — czeladnik odwrócił uwagę dziewczyny.

Pięćdziesiąt kroków od nich, pomiędzy lesistą wydmą, na której się kryli, a brzegiem morza wyrastał z plaży porośnięty bylicą pagórek. Łopotała nad nim wielka jak żagiel chorągiew, na której rozmieszczone były w szachownicy złote lilie Francji na niebieskim polu i złote lwy Anglii wśród czerwieni. Wokół sztandaru stało w krąg dwunastu rycerzy w barwach Plantagenetów. Poniżej nich, na stokach, klęczało kilkudziesięciu giermków w szkarłatnych opończach.
— To król… — szepnęła Perrine.
— Który?
— W środku kręgu. Ten w koronie na hełmie, w czerwonej zbroi ze smoczych łusek.
— Czemu jego korona tak migocze?
— To jest prawdziwa korona króla Artura. Dziad króla Anglii, Edward Młot na Szkotów odnalazł ją pół wieku temu w grobowcu Artura i Ginewry w Glastonbury. Przez dwa pokolenia przechowywano ją w Westminster, bowiem nikt nie czuł się godny jej noszenia. Aż do teraz… — szlachcianka z niedowierzaniem pokręciła głową.
— A ci dwaj obok? Kto to? — dopytywał się Nick.
Przyjrzała się i odgadła:
— Ten pod proporcem Merlina…
— Tym ze smokiem o długim, kręconym ogonie?
— Tak. To Harry, arcymag Oxfordu i całej Anglii. A ten obok, w fioletowej sutannie na zbroi, to jakiś biskup. Może i sam arcybiskup Canterbury. Nie wiem.

Scena, którą obserwowali, była wprost symboliczna. Za umowną datę końca wieków ciemnych i początku średniowiecza uważano bowiem zawarte około A.D. 500 przymierze pomiędzy królem Arturem, arcybiskupem Dubriciusem i czarodziejem Merlinem. Zapoczątkowało ono współpracę pomiędzy władzą, Kościołem i magami, i położyło podwaliny pod ponad osiem wieków rozwoju Europy. I oto chrześcijański król wraz z hierarchami Kościoła i Oxfordu rozpoczynał wojnę przeciwko Francji – wojnę, która miała potrwać sto szesnaście lat (choć potem nazwano ją „tylko” stuletnią) i na powrót zepchnąć całe połacie kontynentu w epokę barbarzyństwa, nędzy, i chaosu; spotęgować procesy, które doprowadziły do końca średniowiecza, rozpadu Kościoła, oraz polowań na czarownice, i w efekcie takiego wytępienia magii, że późniejsze pokolenia uznawać ją miały za przesąd.

Arcybiskup wzniósł kielich eucharystyczny i wypowiedział łacińską inkantację. Za sprawą zaklęcia była ona słyszalna w całym Saint-Vaast-la-Hougue, a nawet w lesie, w którym ukrywali się nastolatkowie.
— My, z łaski Bożej wnuk Króla z Żelaza, przybyliśmy, aby orężem odebrać należną nam, a przywłaszczoną przez hrabiów Valois na podstawie sfałszowanego prawa salickiego koronę Francji — wykrzyknął Edward III. — Nasza sprawa jest słuszna, a wojna sprawiedliwa. Niech wina i krew spadną na sumienia uzurpatorów. Bóg jest z nami!
— Bóg tak chce! — odkrzyknęli giermkowie.
— Co on wygaduje?! — zdziwił się Nicolas. — Przecież Król z Żelaza był władcą Francji! Ten Angol jest wnukiem króla Francji?
— Oczywiście. Edward Plantagenet jest wnukiem Philippe’a IV Pięknego.
— Tego samego, który spalił templariuszy?
— Tak.
— To dlaczego nie Edward rządzi w Paryżu, tylko Znajdek?
— Sam jesteś znajdek! — oburzyła się Pétronille. — Nie włada nami żaden Znajdek, tylko Philippe VI de Valois.
— Przed chwilą Angol nazwał twojego Valois nie królem a hrabią?
— Nicolas, na rany Chrystusa! Gdzie ty się uchowałeś, żeby nie wiedzieć o zmianie dynastii?
— Ja tam tylko wiem, że po ojcu powinien dziedziczyć syn, a po synu – wnuk. A nie jakiś Valois.
— Owszem. Ale wszyscy synowie Króla z Żelaza umarli od klątwy templariuszy. Uchowała się tylko córka – Wilczyca z Francji, żona ówczesnego króla Anglii – Edwarda II Plantageneta…
— Edzia-Pedzia?
— Cóż to znów za określenie! — żachnęła się dziewczyna. — Nie przeczę; król Edward był sodomitą. Ale jednak spłodził syna, zresztą też Edwarda, którego właśnie widzisz…
— To kto, na wory krakena, rządzi w Paryżu!!!?
— Parowie Francji uchwalili, że kobieta nie może dziedziczyć naszej korony…
— Na podstawie fałszywki sawickiego?
— Na podstawie prawa salickiego!
— Jak je zwał, tak zwał. Ja tam żadnym prawom nie ufam…
— A szkoda, bo to prawo odnalazł w archiwach sam arcymag Sorbony – Arcanius.
— Niech mu będzie. Ale i tak się coś nie zgadza. Bo skoro prawo salickie wykluczało kobiety, to mogło wyeliminować z rozgrywki tylko córkę Króla z Żelaza – Wilczycę z Francji. Ale nie jej syna, którego tu właśnie widzę! Chyba, że czterdziestoletni byk z rozdwojoną brodą ukrywa pod zbroją liczne niespodzianki…
— Kobiety ani nie dziedziczą korony Francji, ani nie przekazują praw do jej dziedziczenia. Tak głosi prawo salickie. Dlatego parowie wybrali na króla kuzyna Króla z Żelaza – Philippe’a de Valois. Skończyła się dynastia Kapetyngów. Zaczęła – dynastia Valois. Umarł król, niech żyje król. Bóg tak chciał!
— Nareszcie rozumiem, dlaczego tę hienę z Paryża nazywamy Znajdkiem — czeladnik z dezaprobatą pokiwał głową.
Spojrzał dziewczynie w oczy i zapytał:
— Zdajesz sobie sprawę, Perrine, że cała ta zmiana dynastii wygląda na szyty grubymi nićmi szwindel?
— Nicolas! — szlachcianka ugryzła się w język, by nie powiedzieć kilku cierpkich słów o ciemnocie gminu. — Wytłumaczę ci to najprościej, jak tylko można. Czy chciałbyś, żeby królem Francji był Anglik?
Chłopak aż drgnął.
— Jeszcze co! — syknął. — Szkoda, że nie Saladyn!
— Sam widzisz — Pétronille uśmiechnęła się skrycie.
Niespodziewanie, po raz pierwszy w życiu, Nicolas odczuł coś w rodzaju sympatii do władzy. Do jakiejkolwiek władzy. Dowiedział się właśnie, że Znajdek rządził krajem z woli Francuzów. A to wydawało się czeladnikowi dużo lepszą legitymacją do sprawowania urzędu niż prawo krwi, prawo boskie, czy prawo silniejszego.
— W zasadzie powinniśmy nazywać go Wybrankiem, a nie Znajdkiem — zauważył.
— Sam widzisz. Nasza sprawa jest słuszna.
— Nasza?
— Widzę, że nie uważasz się za Francuza? — spojrzała z wyrzutem.
— Mama była Francuzką, ale tatuś żeglarzem.
— Skoro tak, to czemu ci zależy, aby na tronie w Paryżu nie zasiadał Anglik, czy inny Ali-Baba, co?
— Bo to jest już przesada! Skoro Francuzi nie chcą tego widłobrodego, niech stąd spada!
Perrine uśmiechnęła się. Tym razem już otwarcie. Nicolas popatrzył z niechęcią na najeźdźcę.

Tymczasem angielski uzurpator huknął magicznie wzmocnionym głosem:
— Edwardzie, nasz synu i wy szlachetni giermkowie! Wasza spowiedź skończona. Wasze miecze wyświęcone. Czas abyście w tym chwalebnym pierwszym dniu wojny zostali pasowani na rycerzy. Księże biskupie, czyńcie swoją powinność!
Hierarcha w fioletach ponownie wzniósł kielich eucharystyczny i zainkantował:
— Wznoszę ten kielich na pamiątkę świętego Graala, z którego moc czerpał Artur, pierwszy król. I jako Artur przekazał część swej mocy królom, tak spraw, Panie, aby Edward przekazał część mocy Graala swoim rycerzom. Benedicat vos omnipotens Deus, Pater, et Filius, et Spiritus Sanctus!
Czar był potężny. Nawet oddaleni o pięćdziesiąt kroków nastolatkowie poczuli krzepiący powiew Ducha Świętego.
— Który to Czarny Książę? — spytał Nick.
— Ten z kruczymi, przylizanymi łojem włosami. W czarnej zbroi pod purpurową opończą.
Król Edward stanął z mieczem nad klęczącym następcą tronu i zapytał:
— Czy przysięgasz zawsze mówić prawdę, być opiekunem i obrońcą Kościoła, wdów, sierot i wszelkich sług Bożych przeciw srożącym się demonom, poganom oraz wszelakiemu złu?
— Przysięgam — odpowiedział młody Plantagenet.
— Przysięgamy — powtórzył za nim chór giermków.
Monarcha dotknął ostrzem naramiennika następcy tronu i rzekł:
— W imieniu Boga i świętego Jerzego, pasuję cię na rycerza. Znieś to uderzenie i ani jednego więcej.
— Zwłaszcza od Francuzów! — odkrzyknęli chórem wcześniej wyćwiczoną odpowiedź młodzieńcy.

Nad ich głowami, w falującym powietrzu zamajaczyły fantasmagoryczne duchy przodków i emanacje herbów. Róże, wieże, gryfy, smoki, eteralne bestie gotowe walczyć za swoich panów. Wszystko, co symbolizowało moce rodów i rycerzy. Wszystko, co za sprawą świętego Graala i Artura, Chrystus dał rycerstwu, by wspomóc je w ochronie bezbronnych, prawdy i Kościoła. Młodzieńcy powtarzali rotę przysięgi, nie dostrzegając lub nie chcąc dostrzec, jakiej to prawdy, jakich bezbronnych i jakiego kościoła przyszli „bronić” we Francji. Bóg dał im moc i wolną wolę, by wiedzieli, kiedy mocy tej użyć. I dokonali wyboru i poszli za królem, który – gdy oni schylili głowy – ułożył niepostrzeżenie palce w widełki i rzekł:
— Powstańcie jako rycerze.
Pasowani wstali, odbierając od biskupa i arcymaga poświęcone miecze, pasy i ostrogi.

— Niech mnie kraken przytuli! — Nick westchnął z wrażenia. — Myślałem, że moce rycerzy to bujda. Ty też potrafisz przyzwać jakiegoś potworka?
— Nie żadnego potworka, tylko eteralną emanację krwi, cnót i herbu. Nie potrafię, bo papa i brat nie byli jeszcze pasowani. Ale jesteśmy ze starej szlachty i uważam, że mamy większą odporność na ból, trud i strach niż przeciętnicy.
— Słuchaj, Perrine — zastanowił się Nick. — Skoro błękitna krew rzeczywiście coś daje, to może jednak prawo krwi coś znaczy i widłobrody Angol powinien rządzić Francją?
— Już ci mówiłam! Bóg tego nie chce! A przecież królem Francji jest się Dei Gratia…
— Dei Gratia?
— Z łaski Bożej. Król Francji jest kapłanem. Z łaski Bożej posiada moc uzdrawiania chorych. I Philippe IV de Valois ją ma! A Edward Plantagenet – nie!
— Skąd to wiesz?
— Papa był na koronacji w Reims i widział jak Philippe uzdrawia.
— Ale przecież Bóg daje moc i Edwardowi, i jego biskupom. Sama przed chwilą widziałaś…
— Nie moc uzdrawiania skrofułów.
— Więc czemu ten Angol rwie się do rządzenia Francją wbrew woli Francuzów i Pana Boga. Co on? Opętany? Co nim kieruje?
— Krew.

Tymczasem ceremonia na pagórku nie była skończona, bo oto przed obliczem Edwarda III stawił się karykaturalnie chudy i wysoki rycerz w barwach miejscowego rodu Harcourt. Klęknął przed Plantagenetem. Król położył dłonie na dłoniach Francuza i wyszeptał inkantację. Po chwili podniósł wasala z klęczek, złożył na jego czole pocałunek i przekazał mu czerwoną chorągiew z dwoma lwami, czyli z herbem Normandii, dodatkowo nakładając mu na szponiasty paluch sygnet.
— Ja go znam! — oburzyła się Perrine — To Francuz! Godfrey z Harcourt! Kilka lat temu niedaleko stąd spalił wieś panu Robertowi Bertrandowi, kapitanowi ochrony wybrzeża. Poszło niby o lokalną ginewrę, ale musiała to być przygrywka do dzisiejszej zdrady, bo król Philippe skazał Harcourta wówczas na banicję. I miał rację, jak widać, bo ten Judasz składa uzurpatorowi hołd z Normandii! A jej panem jest przecież nasz dobry królewicz!
— Syn Znajdka?
— Tak. Jean Dobry de Valois.

Tymczasem arcymag Anglii wzmocnił głos Godfreya z Harcourt, aby wszyscy żołnierze byli świadkami pierwszego sukcesu Edwarda.
— Moja ojczyzna, Normandia, jest najbogatszą prowincją Francji — rzekł zdrajca. — Nie zaznała wojny od stu lat i nie jest do niej przygotowana. Gwarantuję wam, mój królu i seniorze, wielkie łupy i brak oporu.
— Dziękujemy, wierny wasalu. Nie przybyliśmy tu przecie łupić, ale odebrać królestwo, którego jesteśmy prawowitym władcą. Francja to nasz dom, a jej mieszkańcy to nasze dzieci. Zabraniamy komukolwiek krzywdę czynić naszym umiłowanym francuskim braciom.

Na potwierdzenie jego słów, zapłonęła osada Saint-Vaast-la-Hougue, a niedługo później horyzont rozświetlił pierścień pożarów z kilkunastu podpalonych dookoła normandzkich wsi.

Perrine i Nicolas nie pozostali niezauważeni. Jeden z Czerwonych Płaszczy, czyli królewskich gwardzistów, przywołał do siebie innego – odpychającego zarozumialca, za którym niczym tren ciągnął się kobierzec z żywych szczurów – i wskazał w kierunku nastolatków. Ten podniósł różdżkę i przez chwilę się koncentrował, aż wreszcie z politowaniem machnął ręką i pokazał łucznikom, aby obsadzili wydmy.

*

Kochankowie nie czekali. Puścili się biegiem, minęli cmentarz i znaleźli się na skrzyżowaniu piaszczystych, leśnych duktów.
— Dokąd wiodą te gościńce? — spytał Nick.
— Do Barfleur, Cherbourga i Valognes.
— Gdzie uciekła twoja rodzina?
— Uciekła? Jesteś pewny, że zdołali uciec?
— Tak. Uwierz mi, sam trochę żeglowałem. Kogą nie da się tak po prostu przybić do plaży, zeskoczyć z niej w szyku bojowym i zaskoczyć kilkuset ludzi. Lądowanie musiało potrwać, a w tym czasie nawet ostatni opój z wesela zdołał uciec. Pytanie tylko: „gdzie”?

Nim zdążyła odpowiedzieć, na trakt wypadło z krzykiem trzech żołdaków w skórzniach. Zobaczyli nastolatków i rzucili się w ich kierunku. Czeladnik złapał Peri za rękę i pociągnął w las. Napastnicy, o dziwo, nie skręcili za nimi, lecz popędzili gościńcem na Barfleur. Okazało się, że sami byli ścigani. Gnał za nimi, sapiąc jak zapowietrzony miech, grubas w półpancerzu. Gdy tylko udało mu się złapać oddech, krzyczał:
— Wra-wra-wracać, chamy! Wracać, bo w dy-dy-dy-dyby obsadzę!
Peri chwyciła Nicka za rękę:
— To pan Robert. Robert Bertrand!
— Ten kapitan ochrony wybrzeża, któremu Godfrey z Harcourt spalił wieś?
Przytaknęła i pociągnąwszy czeladnika za sobą, zawołała:
— Panie Bertrand! Pomocy! Panie Bertrand!
Brodacz zatrzymał się, rozejrzał, a zobaczywszy znajomą szlachciankę, wsparł się rękami o kolana i wysapał:
— Ty jesteś Pétronille? Córka Baldwina z La-Hougue?
— Tak, monseigneur. Wie pan, gdzie są moi rodzice?
— Rozkazałem mie-mie-mieszkańcom La-Hougue uchodzić do Caen i Saint-Lô. Ale nie idź za-za-za nimi, bo Anglicy na pewno puszczą gościńcem po-podjazd. Idź przez bory. Znasz le-le-le-leśne ścieżki?
— Znam. Z łowów.
— Dobrze. Idź przez puszczę. Ale nie zo-zostawaj w Saint-Côme-du-Mont, bo gródek nie zdzierży takiej na-nawały.
— Anglicy podpalili nasz dom — jęknęła nastolatka.
— Z tego co wiem, już raz was to spo-spotkało i ojciec wysłużył nowy. Znajdź rodziców. To-to jedyne, co teraz się liczy.
— Możemy iść z panem?
— Ja idę bić się z Anglikami. Sa-sama widziałaś, jakich mam wojowników — machnął ręką w las, gdzie uciekło jego trzech żołdaków. — Kondotierzy z Genui, których nająłem do wypatrywania najeźdźców, trzy dni temu zdezerterowali, bo sa-sa-sakramencki Paryż od miesięcy zalegał im z żołdem. Rad nie rad, zwołałem chamskie ruszenie na dziś rano, ale pe-pe-pechowo wyznaczyłem zbiórkę w Saint-Vaast-la-Hougue. Połowa kmiotów popiła się na waszym weselu, a reszta uciekła na widok pierwszego Anglika. Ale ja zna-znajdę tych bękartów kobolda i padalca! A ty, dzie-dziecko, uciekaj! Uciekaj, ile sił!
Kapitan popatrzył na Peri, która nagle, nie wiedzieć czemu, po raz pierwszy odkąd ją znał, wydała mu się kobietą, po czym odpasał pochwę z inkrustowanym sztyletem i podał jej, mówiąc:
— Jeśli cię złapią, będziesz wie-wiedziała, co zrobić. Więcej pomóc nie mogę. Muszę o-o-o-o-organizować obronę. Bóg z tobą!

Gdy odbiegł, Nick przytulił kochankę i buńczucznie zadeklarował:
— Obiecuję, że doprowadzę cię do rodziców. I mojego mistrza. Daj mi ten nóż. Potrafię go używać. Jeśli jakiś Anglik spróbuje cię skrzywdzić, obronię cię.
Jego słowa rozbawiły dziewczynę, ale też i pokrzepiły. Pocałowała wybranka i rzekła:
— Biegnij za mną. Do papy!

*

Peri poprowadziła Nicolasa leśnymi ścieżkami w taką głuszę, że chłopak zupełnie stracił orientację. Wdrapywali się na piaszczyste sosnowe wydmy, mijali kipiące zielenią ostępy olch, przeskakiwali zwalone omszałe pnie, przemierzali podmokłe jary. Spieszyli jak zahipnotyzowani pośród szumu liści i odgłosów ptactwa.

Nick coraz bardziej podziwiał tę dziewczynę. Nie chodziło już tylko o pociąg fizyczny, ale ona we wszystkim wydawała mu się lepsza od reszty świata. Biegle władała łaciną, umiała obchodzić się z rumakami, znała na sztuce, a teraz potrafiła biec bez zadyszki trzecią milę, tropiąc niczym Robin Hood. Zastanawiał się, co ona w nim widzi? Wiedział, że podoba się kobietom… ale nie to ją interesowało. Nie tylko to. Kręciło ją, że jest magiem. Tymczasem uczeń czarnoksiężnika, po początkowej fascynacji magią… całym tym wyposażeniem wieży mistrza… wyprawami do uroczyska na moczarach… opowieściami o pakcie Merlina, króla Artura i świętego Dubriciusa… zrozumiał, że dłuuuugo jeszcze nie będzie podnosił Stonehenge na chmurze, ni budował dla swojej Viviany niewidzialnych zamków na wodzie. O ile w ogóle… Tymczasem czekało go kilka lat „fascynujących” deklinacji „huius, huic, hunc”, „genetivus, dativus i accusativus od hic”. Czyli wszystko, czego uczą w szkółkach parafialnych; plus: run, astrologii i zielarstwa, by potem móc zdać na Sorbonę. I tam dopiero czekała go inicjacja. Po kwartale „huiusowych” nauk, chłopak był rozczarowany. I dopiero spotkanie z Perrine dostarczyło mu nowej motywacji do nauki. Skoro ona uważała, że Nick jest w pytę, bo zna łacinę, znaczy, że łacina jest w pytę. I warto się uczyć, by móc imponować takim królewnom jak Peri, a nie być ciemnym jak pirat w zęzie.

Biegli.

Peri coraz bardziej podziwiała tego chłopaka. Zaimponowało jej, że na pierwszy rzut oka rozpoznał, iż tajemniczy rycerz tylko przebrał się za templariusza. W lot pojęła, że wybranek ma rację i całe to jego późniejsze porównanie złodzieja relikwii do szulera było zbędne. A właściwie, to nie… bo powiedziało jej wiele o porównującym. Tak barwnie opisać rzemiosło karcianego i kościanego oszusta mógł tylko ktoś, kto zna ten fach od podszewki. Podejrzewała, że Nicolas pochodzi z najniższych warstw plebsu. Może nawet z marginesu. Miało to oczywiste wady, ale też i… zalety. I nie chodziło już tylko o to, że kręcili ją „źli chłopcy”, których – głęboko w to wierzyła – właśnie ona zdoła zmienić na lepsze. Nie tylko to. Fascynowało ją, w jaki sposób Nick widzi świat. Ponieważ pochodził z nizin społecznych, postrzegał społeczeństwo od innej niż ona, szlachcianka strony. Kojarzył się jej z wolnym duchem, buntownikiem, przekorą, prowansalskim trubadurem, niedopasowanym do feudalnej piramidy kamieniem. I choć śmieszyło ją zastosowanie złodziejskiej miarki do oceny działań okultysty, musiała przyznać, że metoda ta przyniosła natychmiastowy i praktyczny efekt. To było coś więcej, niż tylko „odwracanie kota ogonem”. Nick posługiwał się zupełnie nieznanym dla niej sposobem myślenia. Patrzył na świat jak na malowidło; ale nie zadowalał się pokrytą farbami powierzchnią i – jak małe dziecko – zaglądał pod spód, dotykał płótna i poznawał jego strukturę. Dzięki temu dowiadywał się, za którą nić pociągnąć, by całą tę złudną kopię rzeczywistości rozpleść.

Szlachcianka dobiegła do leśnego strumyka, który przecinał ścieżkę. Usiadła na białym piasku, zdjęła pantofelki i zaczęła ściągać pończochy. Pomimo zmęczenia, Nickowi zrobiło się gorąco na widok jej długich nóg. Peri przyjrzała się otarciom i westchnęła:
— Nie mogę dalej iść w weselnych ciżemkach. Wymoczę stopy i pobiegnę boso.
„Boże! Jakżeż ona fantastycznie wyglądała z przymrużonymi powiekami i nieco zadartą brodą, gdy tak patrzy na te swoje zgrabne nogi” — chłopak poczuł, jak zaczyna w nim krążyć krew.
Dziewczyna też to zauważyła i z uśmiechem rzekła:
— Pochlebia mi, że ci się podobam. W innej sytuacji nie wzbraniałabym się przed małym pocałunkiem, ale sam przyznasz, że wjazd konnych Anglików zrujnowałby trochę nastrój, więc usiądź i na ostudzenie temperamentu wymocz sobie nóżki.
„Ależ ona niezwykle mówi!” — zachwycał się w duchu syn ulicy — „Nie to co dziewki z karczmy, u których co drugie słowo to k… i ch… Co się ze mną dzieje!? Trzeba uciekać, a ja bym tu mógł siedzieć i po prostu jej… słuchać”. Powodowany impulsem zrobił rzecz dla siebie niezwykłą. Podszedł do szlachcianki i pocałował ją w rękę. Spłoniła się i szepnęła:
— Dziękuję. To było cudowne.

*

Na przemian biegli i szli przez wiele godzin. Robili tylko krótkie postoje, gdy znaleźli wodę. Do jedzenia nie mieli nic.

O zachodzie słońca zbliżyli się do skraju lasu. Wyjrzeli spomiędzy drzew. Pół mili od nich, pylistym gościńcem z leżącego po lewej hen za lasami Saint-Vaast-la-Hougue do górującego nad szachownicą pastwisk po prawej zameczku Saint-Côme-du-Mont, sunęła wielotysięczna kolumna uciekinierów. Wieśniacy, księża, szlachcice z proporcami, rozwrzeszczana dzieciarnia, rogacizna, psy, wozy obwieszone klatkami z drobiem – przerażeni mieszkańcy z całego półwyspu Cotentin kierowali się do fortecy niczym stado bydła spędzane wieczorem z pastwisk do gospodarstwa. Niestety, bydło to przeznaczono na rzeź, bowiem brama Saint-Côme-du-Mont pozostawała zamknięta. Wokół murów, wśród domów podzamcza, na podjazdach i mostach utworzył się zator.
— Chodźmy tam — zaproponowała Perrine. — Poszukamy rodziców i brata. I twojego mistrza.
— Poczekaj! — czeladnik chwycił ją za rękaw. — Zobacz!

Ludzka rzeka zaszumiała. Fala paniki przepłynęła po jej nurcie od lewej, gdzieś z głębi zamykającego horyzont lasu, do prawej, gdzie rozbiła się z hukiem o mury zamku. Spośród drzew od strony Saint-Vaast-la-Hougue wyłoniła się ławica konnych.
— Anglicy! — Perrine rozpoznała proporce, choć z tej odległości jeźdźcy zdawali się być zaledwie dziecięcymi zabawkami.
— Widzisz coś!? — Nick dłonią osłonił oczy przed zachodzącym słońcem.
— Tak! Ten w czarnej zbroi, pod przekreślonym białymi blankami herbem z szachownicą lwów i fleur-de-lys, to Czarny Książę.
— Syn króla Edwarda?
— Tak. Angielski następca tronu. A ten obok to Godfrey z Harcourt.
— Ten zdrajca!
Kawalerzyści rozdzielili się na dwa oddziały i ciągnąc za sobą chmury pyłu, wyminęli kolumnę uciekinierów przez pola i łąki po obu stronach gościńca. Przerażeni Francuzi skupili się na linii traktu, pozwalając się okrążyć. Jedynie nieliczni próbowali ucieczki w stronę lasu. Anglicy mogliby bez trudu, wręcz od niechcenia, wygnieść przecinających im drogę pojedynczych zbiegów, lecz nie okazali nimi zainteresowania. Dwie wstęgi jeźdźców, wzniecając kurzawę, dotarły pod bramę Saint-Côme-du-Mont. Tłum wokół twierdzy rozpierzchł się.
— Mam nadzieję, że rodzice i brat są w zamku — przygryzła wargę Perrine. — Anglicy nie zdobędą go.
— Skąd ta pewność? Robert Bertrand mówił coś przeciwnego.
— To podjazd. Jest ich tylko dwie chorągwie. Nie mają tarana. Ani nawet drabiny — wyjaśniła. — Do tego to sami rycerze, których raczej szkoda byłoby królowi Edwardowi tracić na murach.

Niespodziewanie brama warowni otworzyła się. Opuszczono zwodzony most. Z osady wyjechało dwóch konnych rycerzy.
— Co się dzieje? — syknął Nick.
— Chyba będą paktować.
Naprzeciw Francuzom ruszyli samowtór Czarny Książę i Godfrey z Harcourt. Nad okolicą Saint-Côme-du-Mont zapadła pełna napięcia cisza.

Ku zaskoczeniu obserwatorów, parlamentariusze obu stron, odgrywając uzgodniony wcześniej spektakl, padli sobie w objęcia. Nad donżonem, czyli główną budowlą zamku, wzniesiono sztandar Plantagenetów. Najeźdźcy wydali gromki okrzyk triumfu.

Peri odwróciła wzrok i szepnęła:
— Zdrajców z Saint-Côme-du-Mont także znam. To kompani Harcourta z czasów zajazdu na włości kapitana Bertranda. Im akurat król okazał wówczas łaskę.
— Właśnie mu podziękowali — podsumował Nick, który obserwując zdarzenie, poczuł dziwne ukłucie w sercu, choć nigdy dotychczas nie uważał się za Francuza.
Otrząsnął się i wrócił do własnych spraw:
— Czy twoi rodzice i mistrz na pewno są w tym zamku? Kapitan Bertrand mówił, że skierował ich do Caen lub Saint-Lô?
— Nigdzie nie widzę proporca papy. Mam nadzieję, że rodzice zdążyli wziąć z domu konie. Jeśli tak, to mogli już dawno minąć Saint-Côme-du-Mont.
Pocieszała samą siebie, ale przerażonymi oczami nerwowo wypatrywała rodziny.
— Na pewno ich odnajdziemy — uspokoił ją Nick. — Powiedz mi tylko, jak dojść do Caen i Saint-Lô?
— Pół mili za zamkiem jest rozdroże. Na lewo wiedzie trakt do Caen. Na prawo do Saint-Lô. Nie wiem, gdzie dalej iść.
Zakręciły się jej w oczach łzy.
— Nicolas! Boję się. Anglicy spalili nasz dom. Wszędzie pełno zdrajców! Nie wiem, gdzie są mama, papa i brat. Nie wiem, czy żyją…
— Spokojnie, kochanie. Jestem z tobą. Przysięgam, że doprowadzę cię do rodziców.
Przytulił ją. Nadrabiał miną, ale i on rozglądał się niepewnie w poszukiwaniu ratunku. I wypatrzył go!

Wielki ptak o czarno-białym opierzeniu, który krążył dotąd nad zameczkiem, zniżył lot i osiadł na trawie tuż przed nastolatkami. Złożył pięciometrowe skrzydła i przykuśtykał do czeladnika.
— Co to za olbrzym!? — zdumiała się dziewczyna.
Ptak zatrzymał się tuż przed magikiem. Nick schylili się i odwinął z nogi zwierzęcia zwitek papieru. Przeczytał, uśmiechnął się i rzekł do Peri:
— Twoi rodzice i mój mistrz są bezpieczni. Znajdują się na wspomnianym przez ciebie rozdrożu. Mamy tam do nich dołączyć.

Każdy inny zdziwiłby się takim uśmiechem losu. Ale nie Nicolas z Calais! Zbiegi okoliczności zdarzały się w jego życiu nieustannie. Nieżyczliwi nazywali go „farciarzem” albo „dzieckiem szczęścia”. Ale on wierzył, że kieruje nim Przeznaczenie. Przeznaczenie pisane wielką literą! Dla większości ludzi powiedzonko: „zdam się na los” to były tylko puste słowa, czcze formułki. Tak jak wykrzyknik: „Chryste!” w ustach niedowiarka. Dla Nicolasa Przeznaczenie było czymś więcej – jego chlebem powszednim. I być może jedyną rzeczą na świecie, jaką traktował do tej pory poważnie.

Dziewczyna trwała w oniemieniu. Tymczasem nastolatek wyjął spod koszuli zawieszone na rzemyku sigilium, czyli osobistą runę mistrza, którą jako czeladnik zobowiązany był nosić. Nie była to żadna magia. Ot, sześć misternie powyginanych pręcików z żelaza, które układały się w kształt albatrosa z rozpostartymi skrzydłami. Chłopak wiedział, że ma teraz swoje pięć zdrowasiek na imponowanie wybrance i nie zamierzał ich zmarnować. Przyłożył wisiorek do ust i udał, że inkantuje szeptem czar. Następnie przywiązał „magiczny talizman” do nogi zwierzaka i wyjaśnił:
— Dzięki temu mistrz dowie się, że odebraliśmy od niego wiadomość.
Oczy Perrine zaświeciły się jak dwie ogniste kule.
— To twój chowaniec!? — wskazała na ptaka.
Wiedziała (Bóg raczy wiedzieć skąd!), że czarodzieje podczas inicjacji zdobywają obdarzone nadprzyrodzonymi mocami zwierzęta, które potem służą im wierniej niż rumaki rycerzom.
— Mistrza. Przedstawiam ci jedynego albatrosa we Francji. Rybka, to jest Peri. Peri, to jest Rybka.
— Mogę go pogłaskać? — uśmiechnęła się.
— Rybka? Zgadzasz się? — zażartował, choć wiedział, że zwierzę nie rozumie ludzkiej mowy.
Ku zaskoczeniu obojga, albatros przytulił łebek do uda dziewczyny. Nicolas puchł z dumy. Rozejrzał się wokół, jakby w poszukiwaniu widowni. Dzięki temu zauważył w porę niebezpieczeństwo. Klaśnięciem spłoszył ptaka, złapał Perrine za rękę i krzyknął:
— Zobacz, co się dzieje! Zwijamy żagle!

Najszybsi uciekinierzy z gościńca dobiegli już do skraju lasu. Za nimi galopowało konno kilkunastu Anglików, łapiąc na arkan co grubszych i lepiej ubranych. Wystrojeni na wesele nastolatkowie podpadali pod drugą kategorię. Dlatego schronili się na powrót pod osłonę drzew.
— Dokąd teraz? — spytał czeladnik, gdy zapadli na dobre ćwierć mili w bór.
— Tam za olszyną jest mostek! — wskazała na leśny pagórek.

Pobiegł za nią. Zdawał sobie sprawę, że przypływy nadnaturalnego szczęścia, które tak często mu się zdarzały, zwykle pociągały za sobą ataki pecha. Zazwyczaj, gdy ogrywał w kości starych szulerów z podpiłowanymi chrząstkami, ktoś – po wyjściu z oberży – przestawiał mu szczękę i zgarniał mieszek. I nie zawsze byli to przegrani. Jakby sam los wyrównywał rachunek. Dlatego teraz, biegnąc za szlachcianką, modlił się w duchu do swojego patrona, by fatum wstrzymało się nieco z bilansowaniem salda. A jeśli już musi przestawiać kości, to aby oszczędziło dziewczynę. I jak zwykle Święty Mikołaj go nie wysłuchał…

Mostek był zerwany. Zapewne przez Roberta Bertranda w celu spowolnienia najazdu. Za plecami nastolatkowie usłyszeli pogłos kopyt, rżenie koni i wycie uciekających.
— Peri! To tylko cztery metry! Dasz radę przeskoczyć?
— Spróbuję! Skacz pierwszy i w razie co mnie łap!
Nicolas wziął rozbieg i poszybował. Wylądował z zapasem. Nadłamane deski mostku zatrzeszczały złowróżbnie, ale wytrzymały. Spomiędzy drzew wyjechał pierwszy Anglik; młody giermek w skórzniach. Zobaczył ładną dziewczynę, zatrzymał konia i uśmiechnął się pod wąsem. Rozpędzona Perrine skoczyła. Upadła na ostatnią deskę. Rozległ się trzask. Szczapa pękła. Nick ujrzał, jak dziewczyna znika pod pomostem. Złapał ją w pół. Pociągnęło i jego. Pojechał kolanami po pomoście. Zdarł skórę do kości, ale utrzymał ciężar. Anglik patrzył. Czeladnik przetoczył się na bok i wydźwignął Peri. Znalazła się w jego objęciach. Zasyczała:
— Moja noga!
Trzask, który usłyszeli przy lądowaniu, oznaczał coś więcej niż pęknięcie deski pomostu.

Nicolas wziął Peri na plecy i wstał. Była lekka, ale co innego podrzucić kochankę kilka razy w uniesieniu, a co innego nieść ją kilka mil. Pomimo ciężaru Nick popędził groblą w głąb moczarów, spodziewając się lada chwila usłyszeć świst strzał – ten przerażający dźwięk, który miał odtąd przez sto lat zwiastować nadejście Anglików. Zamiast tego usłyszał, jak uczepiona jego grzbietu dziewczyna modli się:
— Sancta Maria, Mater Dei, ora pro nobis peccatoribus, nunc, et in hora mortis nostrae.
Odruchowo przetłumaczył w myśli jej ostatnie słowa: „Teraz i w godzinę śmierci naszej”.
„Śmierci naszej!?” — powtórzył odruchowo w myśli. — „Może i waszej, ale na pewno nie naszej! Już moja w tym głowa!”
Biegł, aż zobaczył ciemne plamy przed oczami. Pomimo to, biegł dalej. Suchy kaszel złamał go w pół i zwymiotował z wysiłku. Biegł, rzygając. Aż zemdlał.

*

Przebudził go chłód. Ujrzał nad sobą gwiazdy. Poczuł zapach zgniłej wody. Z oddali słyszał niezidentyfikowany szum, kontrapunktowany co i raz kląskaniami nieznanych mu ptaków. Obrócił głowę. Perrine leżała obok. Modliła się szeptem.
— Nicolas, nareszcie się ocknąłeś — usiadła. — Tak się bałam. Nie mogłam cię ocucić. Siedemnasty różaniec za ciebie odmawiam. Nie rozpaliłam ogniska, żeby nie zobaczyli nas Anglicy.
— Gdzie jesteśmy?
— Na rozlewiskach za Saint-Côme-du-Mont. Pobiegłeś na Bayeux i Caen.
— A więc to los rozstrzygnął za nas, czy iść do Caen, czy do Saint-Lô — rzekł poważnie.
— Można tak powiedzieć. Tylko pod koniec zboczyłeś trochę w stronę kanału La Manche.
— La Manche?
— Słyszysz ten odległy szum?
— Ano, tak! — klepnął się dłonią w czoło, uświadomiwszy sobie źródło tajemniczego dźwięku. — To przypływ. Fale rozbijają się o wydmy Normandii. Kilka razy widziałem to z pokładu.
— Jak się czujesz?
— Dziękuje, dobrze. Co z twoją nogą?
— Skręcona albo nadwerężona, ale chyba nie złamana. Możesz zobaczyć?
Obmacał jej kostkę. Była spuchnięta. Poruszył nią delikatnie. Dziewczyna syknęła z bólu.
— Kość ma podobny kształt do tej w zdrowej nodze — oznajmił po ćwierć pacierza porównywania jej stóp.
— Możesz wstać? — spytał.
— Nie mogę — odpowiedziała, tłumiąc płacz.
Starała się być dzielna, ale Nick widział, że wybranka drży.
— Ejże! Nie trap się, Perrine — objął jej policzki dłońmi i pocałował ją w czoło. — Na pewno cię tu nie zostawię. Przeczekamy razem do rana. I pójdziemy dalej. Wesprzesz się na moim ramieniu i dasz radę.
Popatrzyła na niego wylęknionym wzrokiem; jak porzucony przez matkę szczeniak. Spojrzał jej w oczy i zapewnił:
— Jeśli nie dasz rady iść, nic się nie stanie. Podkurujesz tu nogę przez dzień czy dwa, a ja zajmę się resztą. Woda na bagnach się znajdzie. Głodni też nie będziemy, bo obok jest La Manche i nałowię ryb.
Wstał i rozejrzał się.
— Nicolas — szepnęła błagalnie. — Nie zostawiaj mnie.
Jej głos zadrżał.
— Nie zostawiaj mnie. Już nigdy.
Powiedziała to w taki sposób, że chłopakowi napłynęły do oczu łzy. Uklęknął obok dziewczyny i przytulił ją.
— Obiecuję — odrzekł. — Przysięgam na Przeznaczenie.
Poczuł, że nie jest stanie jej odmówić. I nie będzie już nigdy.

*

Następny dzień upłynął czeladnikowi pracowicie. Nałapał ryb, które odpływ wyrzucił na brzeg. Zbudował szałas na wydmach przy ujściu strumienia, by mieli słodką wodę. Przeniósł chorą. Rozpalił ognisko. Grał dla niej na fujarce skoczne plebejskie melodie.

Gdy słońce zachodziło już nad Kanałem, siedział i strugał misę z kory, by mieć w czym nosić wodę. Dziewczyna wyznała:
— Wiesz, Nicolas; muszę cię przeprosić.
Spojrzał pytająco.
— Niesprawiedliwie cię oceniłam — kontynuowała. — Domyśliłam się, że od niedawna jesteś uczniem czarodzieja, niewiele umiesz, a przed przystąpieniem do terminu nie miałeś łatwego życia. Bałam się, że nie mówisz całej prawdy, by mnie wykorzystać…
Schyliła głowę, by ukryć, że się czerwieni.
— Uległam w chwili namiętności, ale w głębi duszy przecież wiedziałam, że jestem naiwna — uśmiechnęła się kwaśno. — I grzeszna. Że to mezalians.
Chłopak wstrzymał oddech.
— A potem świat się zawalił, a ty okazałeś mi więcej dobra niż ktokolwiek w życiu. Jesteś po tysiąckroć szlachetniejszy od tysiąca szlachciców.
Długo milczał, bijąc się z myślami, aż wreszcie szepnął:
— Oceniłaś mnie trafnie. Jestem synem żeglarza. Matki nie znałem. Ojciec zaginął dwa lata temu podczas pirackiego rejsu. Też chciałem być korsarzem, ale byłem za młody i wujcio Aimeric nie wziął mnie do załogi. Wtedy zaciągnąłem się do konwojów z winem. Pływałem do Bordeaux i Londynu. Stąd znam angielski, choć w niezbyt parlamentarnej wersji — zażartował.
Spoważniał i kontynuował:
— Rejsy się kończyły, ja wracałem ze srebrem do Calais i różne rzeczy robiło się z nudów. Pewnie skończyłbym jak tatko, ale z racji na mój fart, wziął mnie w termin mistrz z Calais. Jestem czeladnikiem dopiero kwartał. Nie znam żadnego zaklęcia. I nie będę znał jeszcze kilka lat, póki nie obkaligrafuję teorii.
— Dlaczego mistrz wziął na czeladnika akurat ciebie?
— Obserwował mnie po kryjomu przez jakiś czas w karczmie, w Calais. Gdy po raz kolejny ograłem w kości zawodowych szulerów i przegrani urządzili na mnie na ulicy zasadzkę, obronił mnie, i zaproponował, że przyjmie w termin. Nigdy nie wyjaśnił do końca, dlaczego to zrobił. Poprzestał na wytłumaczeniu, że „od dawna szukał dzieci obdarzonych nadnaturalnym szczęściem”.
Spuścił oczy. Milczał, nerwowymi ruchami strugając misę. Wreszcie wybąkał:
— Nie wiem, dlaczego ci to powiedziałem. Odkąd cię poznałem, czuję po raz pierwszy w życiu, że nie ma sensu kłamać.
Spojrzał wybrance w oczy i spytał:
— Teraz pewnie oberwę za frajerstwo, co?
— Ja takie frajerstwo nazywam uczciwością. Uczciwość to fundament. A czy bez fundamentu jakakolwiek budowla może być trwała?
Nie odpowiedział. Myślał, słuchając szumu La Manche.

— Ja też mam ci coś ważnego do powiedzenia — oznajmiła w końcu dziewczyna.
Teraz to ona musiała zająć czymś ręce, więc bawiła się końcówką pasa.
— Podjęłam ważną decyzję.
Nicolas spojrzał z uwagą.
— Gdy odnajdę rodziców, powiem im, że jadę do Calais. Na naukę do twojego mistrza. Poprosisz go, aby wziął mnie w termin?
Miska wypadła czeladnikowi z rąk.
— Zaraz, zaraz! Powoli! Czy to znaczy, że chcesz ze mną być?
— W zasadzie to ty powinieneś mnie o to prosić, ale tak. I chcę się razem z tobą uczyć magii. Załatwisz to z mistrzem?
Wziął kilka głębokich wdechów i po dłuższej chwili odpowiedział:
— Zrobię, co w mojej mocy. A jeśli maître się nie zgodzi, to znajdziemy innego. Razem.
Uśmiechnęła się.

Odwzajemnił uśmiech.
— Muszę ci przyznać, że masz ikrę — pokręcił z podziwem głową. — Tatuś ci nad łóżkiem powiesił portret Ryszarda Lwie Serce?
— Papa nie lubi Anglików.
— Więc skąd u ciebie taki charakterek? W dzieciństwie molestował cię Święty Ludwik?
— Nie bluźnij! To był prawdziwy święty! Do tego umarł pół wieku przed moim narodzeniem.
Rozbawiony czeladnik wskazał palcem na wybrankę i rzekł:
— W jednym zdaniu powiedziałaś: „wyprowadzam się z domu”, „znajdę pracę w pirackim porcie na drugim końcu kraju”, „czy chcesz być moim mężem” i na dobitkę: „załatw mi przyjęcie na elitarne studia, pomimo że nie przyjmują tam kobiet”! Niezła szarża, jak na dziewczynę.
— Odezwało się, niewiniątko! — zrewanżowała się ironią.
Upodobniła głos do męskiego i sparodiowała Nicka:
— Przysięgam na przeznaczenie, że nauczę cię magii!
Wróciła do normalnego tonu.
— Zapomniałeś, filucie jeden, że sam nie znasz magii! — prychnęła rozbawiona. — Nie ja mam tu niezły charakterek, ale ty! Jak kot! I to nie kiciuś bynajmniej, co łasi się u damskich ciżemek! Ale jak zbuntowany kocur z biesem w środku, udzielny władca na księstwie swawoli i samowoli, który prędzej zwieje w siną dal, niż da się przykuć do kuwetki. Filut, któremu strach odmówić myszki.
— Myszki?
— Myśl, co chcesz, filucie!
— Filucie?
— Właśnie tak!
— Wcale się za takie przezwisko nie gniewam. Tak się składa, że bardzo lubię koty. Co prawda w wieży mistrz pozwala mi trzymać tylko jednego, ale dokarmiam ich w Calais kilkanaście.
— Tak, tak — uśmiechnęła się. — Już się zorientowałam, że masz dobre serce i tylko udajesz łobuziaka.
— Powiedzmy…
— A co do zaklęć, to przynajmniej jedno znasz i rzuciłeś je na mnie skuteczniej niż Merlin.
— Z wzajemnością — uśmiechnął się. — Choć wiem, że według wszelkich reguł tego świata, nie jestem ciebie godny.
— Jesteś i koniec. Mama już cię polubiła i przekona papę. A brata otrujemy — zażartowała. — Zresztą Anglicy zabrali nam gospodarstwo. Jesteśmy teraz bezdomnymi uciekinierami.
— No właśnie. Dlaczego kapitan Bertrand twierdził, że już raz straciliście majątek?
— Pochodzę z wioski Domrémy w Lotaryngii. Nasze tamtejsze włości obrócił na nice hrabia Bar, w czasach gdy odmawiał hołdu diukowi Rudolphowi. Od tej pory papa służy w gwardii diuka Rudolpha u diuka Charlesa de Blois w Wojnie Dwóch Janów w Bretanii. To diuk Bretanii nadał nam gospodarstwo w Saint-Vaast-la-Hougue.
Nickowi aż się w głowie zakręciło od tych wszystkich diuków i Jeanów. Zrozumiał tylko, że Perrine jest z Lotaryngii. Spytał:
— Czy mogę cię nazywać moją Lotarynką?
— Bardzo.
Podszedł do Peri i dał jej gotową miskę z kory, mówiąc:
— Wypróbujesz prezent?
— Ale jak? — uśmiechnęła się.
— Pomogę ci się wykąpać.
— Bardzo chętnie, ale najpierw pomóż mi dojść do morza.

Zrzuciła pasek i suknię. Odpięła podwiązki i zdjęła pończochy. Zostawiła tylko białą koszulkę z wyhaftowanymi literkami na rękawach. Był to sprytny pomysł, bowiem gdy Nick polał Peri wodą z misy, cieniutki len przykleił się do ciała, eksponując sutki. Dziewczyna wyglądała teraz bardziej pokuśnie, niż gdyby była naga. Chłopak powoli zdejmował jej koszulkę, poczynając od ramiączek. Każdy odsłonięty skrawek ciała zasypywał pocałunkami. Perrine polewała się morską wodą, której strużki spływały po długich włosach na piersi, brzuch i łono. Nick spijał tę czystość, aż trafił na kobiecość, okrąglutką i ciepłą jak bułeczka. W życiu nie widział tak kształtnej muszelki i nie mógł się nadziwić, że natura obdarzywszy dziewczynę tak wielką urodą, dała jej jeszcze w prezencie – niczym wisienkę na torcie – taki skarb. Skarb, o którym wiedział będzie tylko on. Spróbował smaku wisienki, po czym położył Peri na wodzie i wpłynął do niej wraz z przypływem. Fala za falą. Gdy przypływ sięgał zenitu, krzyknął:
— Kocham cię, Lotarynko!
— Je t’aime, mon chat — odpowiedziała. — J’aime, quand tu fais ça. Tu es magnifique!!!

*

Kop podkutym buciorem w skroń zrzucił Nicolasa z Peri. Chłopak przetoczył się jak szmaciana lalka i znieruchomiał wśród fal. Na dziewczynę zwaliło się cuchnące cielsko. Bydlak był już gotów, ale zapragnął najpierw wstępnej perwersji. Zgłuszył szlachciankę ciosem pięści w krtań, po czym obrócił ją pupą w górę. Wyciągnął nie wiedzieć skąd przerdzewiały lejek z zamiarem wbicia go Perrine w odbyt.
— What the fuck are you doing!? — odezwał się głos kolejnego napastnika.
— Nie zgrzytaj, Wagant! Napatrzyłem się na nich i też chcę umoczyć lejek! — odwarknął po angielsku gwałciciel.
— Znowu!? Nie wystarczył ci ten wieśniak spod Saint-Lô!?
— Nie zgrzytaj, mówię, tylko daj mi wody! O! W tej misce! — wskazał na leżące obok naczynie z kory. — Zanim oćwiczę piczę, przećwiczę wlewy doodbytnicze!
— W kółko powtarzasz ten sam tekst!
— I powtórzę go jeszcze sto razy! Pięć lat nad nim pracowałem.
Klepnął Perrine w pośladek, rżąc:
— Słyszysz mnie, pacjentka? Doktor Jacob naleje ci juchy w srakę!
— Pomocy! — krzyknęła nastolatka.
— Jacob, odpuść! — opierał się drugi Anglik. — Nie mamy czasu! To rozkaz!
W odpowiedzi perwers podniósł kuszę, wycelował w kamrata i wycedził:
— Pieprzę twoje rozkazy, Wagant! Mamy całą noc! Jak ci tak śpieszno, to sam wzywaj okręt, a ja się w tym czasie zabawię. Ale najpierw podaj mi michę wody, albo wypełnię lejek twoją krwią!
Kompan odchyleńca ustąpił. Odwrócił się ku wydmie i krzyknął w ciemność. Tym razem po francusku. Z mroku wyszedł trzeci mężczyzna. Miał podbite oko, związane ręce, ubrany był jak rybak. Zbir zwany Wagantem rozciął mu sznur na nadgarstkach i wytłumaczył, co ma robić. Jeniec podniósł naczynie.

Tymczasem fale ocuciły Nicka. Chłopak usiadł półprzytomny, ale widząc, że krzywdzą Peri, natychmiast zerwał się na równe nogi. Wyrwał z pochwy sztylet. Perwers wycelował w jego kierunku z kuszy.
— Nie rób nic głupiego! — ostrzegł Nicka Wagant. — Zanim doskoczysz, Jacob pośle ci bełt!
Niespodziewanie; ruchem szybszym niż mgnienie oka, Nicolas obrócił sztylet w dłoni i cisnął nim. Gwałciciel dostał wprost w rozdziawione usta. Krew trysnęła na lejek. Peri wywinęła się, zrzucając rannego. Jeniec z podbitym okiem walnął drugiego Anglika misą w łeb, ale kora pękła, nie czyniąc uderzonemu szkody. Wyspiarz obrócił rybaka pociągnięciem za włosy i przystawił mu do szyi nóż.
— Stać, albo poderżnę mu gardło! — krzyknął do atakującego Nicka.
— A podrzynaj! — zignorował go czeladnik i doskoczył do rzężącego gwałciciela.
Złapał za wystającą z jego ust rękojeść.
— Nie! — krzyknęła Peri. — Nie zabijaj go!
— Tylko wyjmę sztylet. Przecież nie popełnię tego błędu co on i nie zostawię mu broni. Choćby nawet wbitej w twarz.
Dziewczyna odwróciła wzrok. Nick zakręcił klingą w tę i we w tę, po czym zamaszyście wyrwał ją wraz kawałkiem policzka. Gwałciciel charknął i znieruchomiał.
— Omdlał z bólu — uspokoił wybrankę czeladnik.
Odwrócił się do drugiego wroga. Podrzucił w ręce nóż. Peri podniosła kuszę i wycelowała w Anglika. Bandzior zwany Wagantem błyskawicznie przeszacował swoje szanse i uwolnił zakładnika.
— Na ziemię! — rozkazał mu Nicolas.
Wyspiarz runął w piach i założył ręce za głowę.
— Ty też! — czeladnik zamierzył się sztyletem na drugiego z przybyszy.
— Jestem ich jeńcem! — zaprotestował człek w stroju rybaka.
— To ty tak twierdzisz. Sprawdzę to i jeśli uznam, że mówisz prawdę, puszczę cię. A teraz na ziemię!
Gdy Francuz wykonał polecenie, czeladnik dodał:
— Trzymać łapy na potylicach. Jeden gwałtowny ruch i dziewczyna sprzeda wam harpun.

Przyjrzał się pojmanym. Wagant miał czarne ćwiekowane skórznie, długi łuk, kołczan, nóż i toporek. Magik rozbroił go. Rybak nosił zgrzebną, przewiązaną sznurem, szatę. Nick wyszarpnął mu pas i użył go do skrępowania obu jeńcom nadgarstków.
— Jesteś dowódcą? — zwrócił się do Anglika.
— Tak.
— Nazywasz się Wagant?
— Tak mnie zwą. Ale nazywam się Doncaster, David Doncaster.
— Kpiny sobie robisz?! — wrzasnęli równocześnie nastolatkowie. — Nazywasz się jak ten mag z bandy Robin Hooda!!?
— Też kocham za to rodziców! Ale to cholerna prawda! Przecież nie kłamałbym w tak głupi sposób!
— Credo quia absurdum — westchnęła szlachcianka.
— Czyli „wierzę, bo to absurd” — niespodziewanie przetłumaczył Anglik i dodał. — Jak mawiał święty Augustyn…
— O! I łacinę znasz! — przerwała mu dziewczyna. — Podejrzany z ciebie ptaszek!
— Do rzeczy! Kim jesteś!? — przerwał dysputę Nick.
— Jestem dziesiętnikiem w pierwszej kompanii długich łuków Czarnego Księcia. Ten, którego chyba zabiliście, był moim podkomendnym… przynajmniej teoretycznie. Ten obok to miejscowy. Przewodnik przez bagna. Słuchajcie, dogadamy się!
Nick rozłożył mu kopniakiem nogi i stanął na genitaliach. Ostrzegł:
— Odpowiadaj wyłącznie na pytania, mędrku!
Anglik syknął z bólu.
— A ty! — czeladnik zwrócił się do Francuza. — Odzywaj się tylko wtedy, gdy Doncaster zełga. Wszyscy zrozumieli?
Jeńcy skwapliwie potaknęli głowami. Nick zwrócił się do Waganta:
— Skąd znasz francuski? Jesteś szlachcicem?
— Nie. Jestem łuczarzem. Zarobiłem trochę na wyrobie łuków dla armii, przez co podpadłem według spisu pod kategorię równą rycerzowi. Dlatego zmusili mnie do wystawienia własnym kosztem zaciężnych i służby jako dziesiętnik. A francuski znam z Oxfordu i Cambridge.
— Co studiowałeś? — zaciekawił się czeladnik.
— Na razie trivium i quadrivium, ale planuję medycynę.
— Nie za stary jesteś na zwykłego bakałarza? Ile masz lat?
— Trzydzieści pięć, ale studia zacząłem późno. Dopiero jak mnie było stać.
— Wieczny student. Znasz się już trochę na medycynie?
— Liznąłem.
Nastolatkowie spojrzeli na siebie. Pojmanie na środku bagien lekarza, gdy ma się skręconą kostkę, nie zdarza się co dzień. Warto było zaryzykować. Perrine przyzwalająco skinęła głową. Nicolas podszedł do Anglika i rozwiązał mu ręce.
— Sprawdź jej kostkę! — wskazał na dziewczynę.

Wagant powoli wstał, rozmasował nadgarstki. Przyklęknął przy Peri i zaczął obmacywać jej stopę. Dziwnie to wyglądało, bo dziewczyna siedziała całkiem naga, celując konowałowi z kuszy w głowę. Syknęła:
— Jak mnie zaboli, mogę odruchowo nacisnąć spust.
— Muszę wypróbować ten trick z moim wyrwizębem — zażartował Wagant.
Nadrabiał miną, ale był bardzo ostrożny. Wręcz czuły. Gdy jego łapska dotarły nad kolano Peri, Nick ostrzegł:
— Patrz tylko na stopę i kończ. Łydki ma w porządku.
— I to bardzo — uśmiechnął się Wagant. — Ale kostka jest skręcona. Co za kiep ją opatrywał? Muszę nastawić, a to zaboli. Może pani odłożyć kuszę?
— N…
— Nastawiaj pod bełtem! — wszedł wybrance w słowo Nick. — Jest ryzyko, jest zabawa!

Operacja przebiegła szybko, pomyślnie i bezboleśnie. Jedynie medyk spocił się jak mysz. Czeladnik związał mu na powrót ręce i wrócił do przesłuchania:
— Dziękujemy. A teraz wracamy do pytań. Co tu robisz?
— Zdezerterowałem.
— Po co tu przyszedłeś?
— Żeby złapać okręt do domu. Portów pilnują, a tu liczyłem na spotkanie jakiegoś przemytnika.
— Łże! — wtrącił się rybak. — Pojmał mnie w Saint-Côme-du-Mont. Na przewodnika. Przyszedł tam razem z dziesiątką kompanów. Wszyscy w przebraniach zakonnic. Niby rannych odwieźli. Ale mieli ze trzydzieści mułów z poukrywanym suknem. Wszystko złupione w Saint-Lô…
— Skąd Anglicy wzięli się w Saint-Lô!? — zdumiała się Peri.
— To wy nic nie wiecie, pani? Zamiast na Caen, poszli, wilkołacze syny, na Saint-Lô. Mieszczanie początkowo powitali ich zbrojnie, ze sztandarami, na murach, ale ten pętak Bertrand…
— Kapitan Robert Bertrand?
— Tak, ten jąkała zapowietrzony. Gdy zobaczył, że Deszczowców jest na dziesięć tysięcy, poddał gród, a sam zwiał. Przez niego ludziska nie zdążyli uciec i Anglicy wymordowali ludność w pień.
— O Boże! — przeżegnała się Peri. — O Boże! Rodzice!
Wycelowała w Doncastera z kuszy, sycząc:
— Byłeś tam, morderco!?
— A jakże! — odpowiedział za niego rybak. — Razem ze swoimi kompanami. Nakradli na tony sukna, wina, złota. Jeńców dla okupu nabrali. Koni. Skoro przebrali się za zakonnice, znaczy jakąś lewiznę majstrują, własnemu królowi chcą rzyć obchędożyć. Reszta tych oprychów została na drugim brzegu moczarów, a ci dwaj mnie obili i przymusili do prowadzenia ich przez bagno; aż tu. Mają nasmołowane strzały, żeby płonącą salwą okręt przywołać. Na pewno są już umówieni z jakimś kaprem.
— Co ty na to, „dezerterze”? — Nick przywrócił nacisk na genitalia Doncastera.
— Mamy tylko sukno — jęknął dziesiętnik. — Lepsze łupy zagarnęli herbowi. Ale i dla was wystarczy. Przyłączcie się do nas. Przydadzą nam się tacy spryciarze jak wy. Dam wam dolę po Jacobie. Gdy opchnie się towar w Anglii, będziecie bogaci. Razem wezwiemy statek…
— Chce was orżnąć — ponownie wtrącił się roztropny rybak. — Chce, żebyście dali znak, bo umówił się z resztą szajki, że na widok płonących strzał mają tu przyjść z kolejnym przewodnikiem i łupem na kucach.
— A pewnie przypłyną też i piraci, i wezmą nas w dwa ognie — domyślił się Nick.
Obszukał kołczan jeńca. Znalazł nasmołowane strzały.
— Co teraz? — zapytała Peri, potrząsając kuszą. — Zabić ich nie pozwolę.
— Zostawmy ich związanych. Ogniska nie rozpalą, pomocy nie wezwą. A my w tym czasie uciekniemy — zaproponował Nick i dopytał rybaka: — Wyprowadzisz nas stąd?
— Sam też nie zamiaruję tu ostać.

Nie zwlekali. Nick poprawił więzy, nie szczędząc Anglikom kuksańców. Ubrał się w czarne ćwiekowane skórznie jeńca. Pasowały jak ulał. Zabrał sztylety, kołczany, kuszę, długi łuk. Rybak wziął toporek i zmontował z dwóch drągów nosze. Położyli na nich Perrine i ruszyli na wschód, w kierunku Bayeux.

Gdy odeszli na milę, ku swojemu zaskoczeniu, ujrzeli nad miejscem, z którego wyruszyli, rozbłyski. Skąd Anglicy wzięli nowe strzały? Jak się uwolnili? Uciekinierzy nie debatowali nad tym, wytężając siły, aby oddalić się od ewentualnej pogoni. Szczęście im dopisało i po kilku dniach marszu ujrzeli wieże Caen.

Chcesz poczytać dalej (ale już tylko fragmenty), przejdź do zakładki: Poczytaj -> Czarny Książę

Chcesz pobrać za darmo PDF, ePUB i/lub MOBI z początkowymi 40 stronami, przejdź do zakładki: Pobierz za darmo -> Pobierz PDF, ePUB, MOBI

Chcesz kupić całość, naciśnij żółty przycisk poniżej:

Udostępnij tę podstronę na: